Archiwa tagu: etyka

Weźcie te śmierci symbole, ja życie wolę!

Nie chcę umierać w szpitalu pod krzyżem!
Nie chcę do nieba razem z papieżem.
Ten krzyż mnie jątrzy, odbiera nadzieję.
Nasuwa złe myśli, że nie ozdrowieję.
Ksiądz mnie nachodzi i inwigiluje.
On nie ma pojęcia, jak ja się czuję.
Ja mam raka i jutro operacja.
Czarny jak czort i namolna nacja.
Bolszewik nie był Polakiem, lecz zdrajcą.
A ten natręciuch chce być wybawcą.
Chce bym się oddał w jego boże łapy.
A te zabiegi to tylko atrapy.
Najważniejsze jest boże zbawienie.
Bogu potrzebne jest to cierpienie.
Anestezjolog przecież pokona ból.
Weźcie czarnucha, to jakiś ćól.
Noc niespokojna pełna koszmaru.
Doznałem jego bożego daru.
Już po, wybudzony w nocy środku.
Szczypię się. Duszę strach w zarodku.
Ale radość, ja żyję, jestem żywy!
Poszły jego strachy, jestem szczęśliwy.

Parafianka (podsłuchane zwierzenie)

Przez moje zauroczenie tobą
przy każdym alleluja staję się niewidzialna
nie umiem przestać
choć uczucia takie jak nasze są jedynie papierowymi łódeczkami
najmniejsze marzenie o zmysłowości topi sacrum
więc nawet to co nie nasze uwięziło księżyc
dla nas i przez nas – różańcowym sąsiadkom
nie mogę wchodzić w zmysły ani policzkiem
okrywać ceglanych kolumn
wyznanie wierności wymaga kontemplacji i skupienia
lecz cisza po nas – zamiast pomnażać – rozrzedza świat
jakby otwartych drzwi nie było tam gdzie kocha się Platona
jedynie w miejscu: gdzie możemy dotknąć się
nawet przez szparę gotyku
choć to przyznanie się do człowieczeństwa
a ty musisz być piękny i święty

Przed porzuceniem cię naprawdę
powstrzymują mnie jeszcze wiersze
jakby samotność wyzierała z innych miejsc
niż tylko antyczne amfory
na każdym kroku czuć wojenny głód czułości
jakby wszystko wokół było kamiennymi autostradami do Rzymu
jednak przekonuję siebie
że kiedyś nie odnajdę cię nawet w siniakach na kolanach
pokuta skończy się w dłoni innego mężczyzny – zwyczajnego
w niebieskim krawacie i przepoconej koszuli
życie najszybciej zmienia się między przypadkowymi spojrzeniami
choć wydaje się jak góra pocięta ślepymi tunelami
lecz zatnę zęby – obgryzę paznokcie i wreszcie dojrzeję
od pojutrza: będziemy potykać się o siebie coraz rzadziej
aż nie zobaczę jak twoje włosy staną się złoto-szare
a brązowe oczy niczym zagłodzone kawki
coraz słabiej zatrzepoczą
między zsuwającymi się w dół obrusami
nie będzie nam podarowana wspólna chwila dostrajania się
i nie zedrzemy się razem jak para ogrodowych rękawic
lecz znajdą się inne: znudzone i szukające ekspresji
które ogrzeją cię – napoją i osuszą krwawicę
może tylko organista odgadnie skąd te fałdki tłuszczu
odkładające się na twoim złotym zegarku

http://www.prezbiter.pl/content/view/240/2/